Canva - Spool of Purple Thread Near Needle Thimble and Measuring Tape

Jest i spódnica! Szycie vol. 2

Zabawa w szycie spodobała mi się na tyle, że zdecydowałam się pójść na kurs szycia spódnicy! W końcu jedna uszyta kosmetyczka sprawia, że już prawie osiągnęłam mistrzostwo w trudnej sztuce obsługi maszyny!

Jak zapowiedziałam tak zrobiłam. Wśród moich nowych koleżanek kursantek były takie, które już trochę więcej czasu spędziły z maszyną, ale też i takie, które jak ja są na początku swojej krawieckiej drogi, ale każda z nas już nie mogła się doczekać aż zobaczy i założy na siebie swoją własną spódnicę!

Czy to rosa? Nie, to zimny pot!

Patrząc na swoje ubrania zawsze miałam wrażenie, że ich uszycie jest naprawdę banalne. Wystarczy wyciąć formę, zszyć i już – gotowe! Z grubsza rzeczywiście to tak wygląda, ale jak się okazało szycie to prawdziwa gra na precyzję i perfekcję. Odpowiednio odrysuj wzór na materiale, wytnij powoli i dokładnie – o, losie! – niech przypadkiem ręka ci nie zadrży podczas wycinania łuku! Można się spocić od samego myślenia o tych czynnościach, a co dopiero od ich wykonywania. Jak sądzę, już się domyśliliście, zimny pot spływał mi po plecach podczas moich pierwszych, a właściwie już drugich kroków w krawiectwie.

Ale, zacisnęłam zęby, przymrużyłam oczy (jakby to miało pomóc mi lepiej widzieć) i powoli, swoim tempem powtarzałam wszystkie kolejne wskazówki prowadzącej. Forma jest – tylko coś taka mała. Po twarzach dziewczyn widzę, że u nich coś też z rozmiarem nie za bardzo.  Mhmmm, co jest? Czyżbyśmy wszystkie przypadkowo odcięły spory kawał materiału, który miał spowić nasze tyłeczki? Otóż, drodzy – nie! Na kursie szycia spódnicy uczymy się jedynie jak zrobić wzór spódnicy!!!

Tragedia! Jak to? Słucham z niedowierzaniem, serce mi kołacze, w oczach zbierają się łzy i głos w gardle zamiera… Ale, ale, ale ja się już wszystkim pochwaliłam, że będę dumnie kroczyć po mieście w uszytej przez siebie spódnicy!

Przełknąwszy nutkę rozczarowania, jeszcze mocniej zacisnęłam zęby, wytężyłam umysł i z podniesioną głową wróciłam do pracy nad, nazwijmy to ładnie – prototypem mojej przyszłej spódnicy.

Trzy wieczory i prototyp gotowy

Pierwszy dzień kursu zakończyłyśmy na wycięciu naszej zgrabnej formy i obszyciu materiału. Kolejne kroki były dla mnie równie dużym wyzwaniem i niejednokrotnie chwytałam prójkę w dłoń przy szyciu zaszewki, układaniu kontrafałdy, wszywaniu kieszeni i zamka. Ale co najważniejsze absolutnie się nie zniechęciłam.

Nie zniechęciłam się też ciągłą koniecznością prasowania, przekładania fragmentów spódnicy z prawej na lewą, dorysowywania kolejnych linii, które pomogą mi później poprowadzić prosty ścieg. Ale cała ta przygoda pokazała mi, że wcale aż tak dużo szycia nie ma przy tym całym szyciu. Właściwie większość czynności, które trzeba wykonać pracując nad nową sztuką odzieży to odmierzanie, przygotowywanie, zaprasowywanie i wycinanie kolejnych elementów.

Co jest fajnego w szyciu?

I wiecie co? Pomimo tego, że szycie to nie tylko odgłos maszyny i zabawa w wybieranie fajowych ściegów to podoba mi się to! Szycie ma to do siebie, że bardzo uczy cierpliwości i skupienia, którego mi czasem brakuje. Dzięki szyciu można się naprawdę wyciszyć i zniknąć z powierzchni Ziemi na dobrych kilka godzin. I nawet to nieodłączne prucie ma w sobie jakiś urok, bo choć powoli to przybliża do upragnionego efektu.

Szycie jest też fajne, bo to tworzenie czegoś pięknego z wielu pozornie niepasujących do siebie elementów. Człowiek pomęczy się i pogłówkuje przez parę godzin i tworzy swoją własną, nowiutką rzecz! Ja ćwiczę się dalej w szyciu kosmetyczek, bo to jednak trochę łatwiejsze niż spódnica, ale jeszcze dojdę do momentu, w którym i ją uszyję sama. I wreszcie wtedy głośno i dumnie powiem krocząc ulicami miasta – tę spódnicę uszyłam S A M A!

Tags: No tags
5

Leave a Comment