appetizer-brunch-close-up-1095550

Największe przyjemności życia

Chyba każdy z nas wie, że tak w istocie życie składa się z takich małych, pięknych momentów, które rozświetlają szarość dnia i mają taką magiczną moc pozytywnego nastrajania. Jesienią, kiedy aura za oknem nie napawa optymizmem to szczególnie ważne, by szukać i samemu tworzyć sobie okazje do tego, aby uśmiech mógł zagościć na twarzy. I to jest ten moment, kiedy warto być małym egoistą i zadbać o własną przyjemność. Ja mam kilka sprawdzonych sposobów na to, aby poczuć tę wielką radość, dziś podzielę się z Wami jednym z nich! A, niech Wam ślinka cieknie!

Śniadanie – trąbią wszyscy wzdłuż i wszerz, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia i każdego ranka kiedy szamię sobie swoje pyszności aż serduszko mi łopocze ze szczęścia, że stosuję prawidłową dietę i te niewylane litry potu to absolutnie nie problem, przecież spełniam najważniejszy warunek zdrowego i odpowiedzialnego życia – wcinam Ś N I A D A N K O!

Ale wielka, codzienna, życiowa przyjemność nie bierze się stąd, że w ogóle wciągnę coś na śniadanie. Jeśli czuję, że mam ochotę o siebie zadbać i z uśmiechem na ustach ruszyć w nowy dzień wtedy… Wstaję pół godzinki wcześniej (tak, wiem że brzmi to dość abstrakcyjnie, kiedy budzik i tak dzwoni o tej złowrogiej 6:30), ale  owijam się szlafrokiem, niespiesznie wędruję do kuchni, robię kawę i dumam, cóż takiego smacznego można by dziś upichcić.

I to myślenie zaczyna się najczęściej od największej zagadki wszechświata, źródła życia i wiecznej młodości – jajka! Jajka pięknego, w brązowawej skorupce, delikatnego, kruchego i bezbronnego, które w mgnieniu oka może zamienić się w ósmy cud świata. Moje jajeczne rozważania trwają zwykle dłuższą chwilę, ponieważ muszę skonsultować się z moim podniebieniem i dowiedzieć się, czy też ma tego wyjątkowego poranka ochotę na delikatną jajeczniczkę na masełku, czy też może rozpływające się w ustach sadzone ze szczypiorkiem, a może jednak ten ledwo wschodzący świt należeć będzie do jajka na miękko?

Muszę Wam się przyznać, że mam ogromną słabość do kurzego żółtka. Dlatego też i ja i moje podniebienie najczęściej wybieramy tę ostatnią, jakże wyrafinowaną wersję jajka. Wstawiam więc garnek z wodą, czekam aż pojawią się bąbelki świadczące o idealnej temperaturze wody, która otuli to bezbronne, wrażliwe na każdy dotyk dzieło ręki boskiej. Z wielką uważnością, powolutku zanurzam moje jajo czując już jego smak na końcu języka. Pozostawiam je w ciepłej otulince na jakieś cztery minutki. W międzyczasie kroję kawałek chleba, układam na nim rukolę, plaster świeżej szynki lub gdy mam ochotę na wyjątkowe szaleństwo – kawałek łososia. Minuty dzielące mnie od rozkosznej uczty mijają bardzo szybko. Gaszę kuchenkę, łyżką sięgam po moje już-za-chwilę-zjedzone jajo, poddaję je jeszcze ostatniej ożywczej, lodowatej kąpieli (swoją drogą, ciekawe czy w jajecznym świecie również występują jajka morsy?) i przystępuję do obierania skorupki. Jest to proces dość skomplikowany, z każdym ruchem trzeba uważać aby nie wbić ostrej krawędzi skorupki w oszałamiającą biel kurzego białka i nie doprowadzić do niekontrolowanego wycieku żółciutkiej cieczy.

Z sukcesem doprowadziwszy jajko do nagości kładę je na łóżeczku z chleba i rukoli. Następnie chwytam w dłoń narzędzie zbrodni i bestialsko rozcinam sam środek. Błyskawicznie z wnętrza bucha żółta lawa, która wędruje pomiędzy zieleninkę. Szybkim ruchem sięgam po moje małe dzieło sztuki i z zapalczywością wgryzam się nie. Czuję jak w mojej buzi rodzi się eksplozja smaków – cudownie delikatne żółtko z każdym gryzem coraz wyraźniej nadaje smak mojej potrawie. Mój żołądek już czeka na dostawę ze źródła wiecznej mocy, a wszystkie komórki mojego ciała drżą z radości.

I tak, ten przedwcześnie rozpoczęty ranek staje się wyjątkową przyjemnością. Już nie mogę się doczekać aż jutro wstanę i powtórzę tę jajeczną ceremonię raz jeszcze.

Tags: No tags
7

Leave a Comment